Autor: daguchna Data: 1 Sierpień 2011
Prowadzenie tego bloga oparte na spontanicznych notkach po kilku tygodniach czy miesiącach milczenia stanie się chyba regułą.
Tak czy siak chciałam się pochwalić dwoma nowymi, bardzo udanymi nabytkami. Po pierwsze szal. Niby nic szczególnego, pięć złotych z hakiem w sklepie “wszystko za pięć złotych”, na metce marka Bizou. Ale jest… fajny. Po prostu. Wzór w zeberkę, całkiem milusi materiał i neutralna, pasująca do chyba wszystkiego kolorystyka – czerń i biel. Zakup całkiem przypadkowy. Szukałam czegoś do prezentu urodzinowego dla przyjaciółki, bo wydawało mi się, że jedna tam skarbonka to trochę przymało. A że mi się bardzo ów szaliczek spodobał, kupiłam drugi dla siebie.

Prosta rzecz, ale jak już wspomniałam idzie ją dopasować do chyba wszystkiego. Nawet do niewyjściowego wyglądu i koszulki w niebezpiecznym kolorze zwanym różem

Coś czuję, że jeszcze się tu pojawi ten pasiasty kawał materiału. I to nie raz
Po drugie coś, czego nie wypada chyba tytułować inaczej, jak prawdziwy rarytas. Podczas wizyty u drugiej przyjaciółki wpadł mi w oko pewien drobiazg leżący w jej szufladkach na biżuterię. I… pojechał ze mną do Jeleniej
Przyjaciółka stwierdziła, że wygrzebała go bodaj u babci i jej do niczego nie pasuje, więc mogę spokojnie sobie go wziąć. Oto i on: broszka z kameą…


Ostatnio w związku z faktem, iż wpadłam po uszy w uniwersum Sherlocka Holmesa, moja sympatia do zalatującego epoką wiktoriańską vintage’u nasiliła się, dlatego też cieszę się podwójnie z tego małego wielkiego prezentu. Mam pewien pomysł na jego wykorzystanie, ale o tym na razie ciiii, pokażę jak skończę. Nie bójcie się, temu cacku się żadna krzywda nie stanie – nie śmiałabym ingerować w coś tak cudnego