Autor: daguchna Data: 5 Sierpień 2011
W związku z pogłębiającym się i coraz bardziej nieodwracalnym sherlockizmem ostatnio zabrałam się za przygody słynnego detektywa w uwspółcześnionej wersji BBC i efekt jest taki, że sherlockizuje mi się nawet szafa.
Ale po kolei.
Już po obejrzeniu pierwszego odcinka bezpowrotnie zeżarł mnie BBC-owy fandom, gdzie w ramach pierwszej lekcji dowiedziałam się prawd podstawowych. Tutaj wizualnym atrybutem Holmesa jest nie fajka czy szkiełko, ale szalik, a Watson charakteryzuje się nie wąsem, ino sweterkami. Adekwatny model tego ostaniego wpadł mi w łapy dzień później w jednym z jeleniogórskich second handów. Oczywiście przypadkiem. To, że nazajutrz po dłuższym zastanowieniu poleciałam go kupić, już takie przypadkowe nie było, ale ciiii

Sweterek wygląda tak. Troszkę większy ode mnie, pewnie rozciągnięty i z paroma felerami takimi jak ten:

(poprzedni właścicielu, czym żeś do ciężkiej cholery tak go uwalił?!? Odeprać nie mogę, będzie trzeba coś naszyć na tą plamę), ale i tak mi się okropnie, okropnie podoba
Na metce napis Bertertex, zapłaciłam jakieś 19 złotych, bo na wagę.
A tutaj katalizator – to znaczy sweter na serialowym Watsonie, to jest kochanym Martinie Freemanie.
Kliknij, bo ten screen jest za duży.
Wiem, że nie taki sam. Ale chodziło o inspirację, nie o robienie cosplayu.
Szalik też sobie kupię.
Autor: daguchna Data: 1 Sierpień 2011
Prowadzenie tego bloga oparte na spontanicznych notkach po kilku tygodniach czy miesiącach milczenia stanie się chyba regułą.
Tak czy siak chciałam się pochwalić dwoma nowymi, bardzo udanymi nabytkami. Po pierwsze szal. Niby nic szczególnego, pięć złotych z hakiem w sklepie „wszystko za pięć złotych”, na metce marka Bizou. Ale jest… fajny. Po prostu. Wzór w zeberkę, całkiem milusi materiał i neutralna, pasująca do chyba wszystkiego kolorystyka – czerń i biel. Zakup całkiem przypadkowy. Szukałam czegoś do prezentu urodzinowego dla przyjaciółki, bo wydawało mi się, że jedna tam skarbonka to trochę przymało. A że mi się bardzo ów szaliczek spodobał, kupiłam drugi dla siebie.

Prosta rzecz, ale jak już wspomniałam idzie ją dopasować do chyba wszystkiego. Nawet do niewyjściowego wyglądu i koszulki w niebezpiecznym kolorze zwanym różem

Coś czuję, że jeszcze się tu pojawi ten pasiasty kawał materiału. I to nie raz
Po drugie coś, czego nie wypada chyba tytułować inaczej, jak prawdziwy rarytas. Podczas wizyty u drugiej przyjaciółki wpadł mi w oko pewien drobiazg leżący w jej szufladkach na biżuterię. I… pojechał ze mną do Jeleniej
Przyjaciółka stwierdziła, że wygrzebała go bodaj u babci i jej do niczego nie pasuje, więc mogę spokojnie sobie go wziąć. Oto i on: broszka z kameą…


Ostatnio w związku z faktem, iż wpadłam po uszy w uniwersum Sherlocka Holmesa, moja sympatia do zalatującego epoką wiktoriańską vintage’u nasiliła się, dlatego też cieszę się podwójnie z tego małego wielkiego prezentu. Mam pewien pomysł na jego wykorzystanie, ale o tym na razie ciiii, pokażę jak skończę. Nie bójcie się, temu cacku się żadna krzywda nie stanie – nie śmiałabym ingerować w coś tak cudnego
Autor: daguchna Data: 26 Maj 2011
Pewnie wiecie, jak to jest, kiedy natykacie się przypadkiem na jakiś ciuch, dochodzicie do wniosku, że wam się cholernie podoba i chcecie go mieć, a potem nagle bum, zjazd na ziemię, bo cena jest stanowczo zbyt bajońska. Ostatnio też mi się to zdarzyło. Przechadzając się głównym deptakiem miasta niemal zawsze mijam jedyny chyba w Jeleniej sklep House. Zazwyczaj rzucam obojętnie okiem na wiszące na manekinach ubrania i idę dalej, jednak jakiś czas temu było inaczej. Na plastikowej panience wisiała urocza, prześliczna letnia ni to tuniczka, ni to sukieneczka w drobniutkie paseczki, ze słodką tasiemką z przodu. Spodobała mi się do bólu niemal z miejsca, co zdarza mi się dość rzadko. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie cena. 70 złotych. Nawet jak za taki ciuszek to trochę za dużo. „No cóż” – westchnęłam cicho i poszłam dalej… Sukieneczka wisiała jeszcze przez jakiś czas, po czym zniknęła z wystawy. Najpierw pomyślałam sobie, że pewnie już wszystko wykupili, ale potem coś mnie podkusiło, żeby zajrzeć do środka. I co się okazało? Że jeszcze kilka wisiało na wieszaku. Po przymierzeniu chyba wszystkich wreszcie trafiłam na odpowiedni rozmiar i…

Tada. Sukieneczka przeceniona była do 50 złotych. Oczywiście na ciele wygląda o wiele lepiej niż na wieszaku
No i detale…

W tym wypadku opłaciła się odrobina cierpliwości
Cierpliwość przydaje się też przy „roznaszaniu” nowych butów. Z racji faktu, że moje ukochane baleriny zaczęły się nieco sypać i wymagały dość daleko idącej interwencji szewca, zmuszona byłam do zakupu drugiej pary na zmianę. Oczywiście z racji faktu, że niezapomniany sklep na Konopnickiej, w którym kupiłam moje ulubione butki, już dłuższy czas temu przestał istnieć, szansa na znalezienie identycznych była i jest zerowa. Dlatego też zmuszona byłam do wyszukania sobie czegoś ledwie podobnego. I tak na jednym z targowisk trafiłam na tą parę…

Marka Just Women, cena zdaje się, że 45 złotych. Niestety w przeciwieństwie do moich balerinek są twarde, co daje się we znaki – na dzień dobry bardzo bezecnie mnie obtarły na piętach. Co nie zmienia faktu, że są bardzo ładne, głównie ze względu na ten piękny kwiatek z przodu i śliczną podszewkę :)

Na szczęście moje ukochane stare baleriny mimo dużych uszkodzeń podeszw na piętach udało się uratować i nie będę skazana na wielką próbę cierpliwości w formie „rozmiękczania butów-twardzielek”
Autor: daguchna Data: 9 Maj 2011
Ostatnio różne kwestie sprawiły, że nie miałam zbytnio głowy ani do zakupów ani do notek na tym blogu, ale dzisiaj będzie przełamanie tej tendencji. Jak to zwykle bywa, przez przypadek. Wybrałam się z mamą na targowisko przy Różyckiego na jeleniogórskim Zabobrzu, żeby kupić kwiaty na balkon. Oczywiście jak zwykle musiałyśmy wyjść stamtąd z czymś więcej niż tylko sadzonkami. Przeglądając towar na jednym ze stoisk z ciuchami moja rodzicielka wyłowiła coś, czemu zdecydowanie nie mogłam się oprzeć…

Bluza marki Fishbone (zreflektowałam się dopiero po powrocie do domu, toż to kultowy brand swego czasu był), 40 złotych. Trochę drogo, ale potrzebowałam właśnie takiej na zmianę dla mojej innej bluzy (którą kiedyś zresztą będę musiała się tu pochwalić). Poza tym… ciężko było się oprzeć takiemu deseniowi

A i pewne niespodziewane detale okazały się być cholernie ujmujące… Na przykład wykończenie kaptura

Dziewczęcy, wiosennie kwiecisty dresik - no proszę, tego chyba jeszcze w mojej szafie nie grali
Autor: daguchna Data: 30 Marzec 2011
Ostatnie wyjście do teatru w niedzielę stało się kolejną okazją, żeby sobie troszkę poeksperymentować z ciuchami
Oczywiście w granicach czegoś, co żartobliwie można nazwać normą. O ile na spektakl dla dzieci zdarzyło mi się polecieć w tym, co normalnie nosiłam do szkoły – dżinsy, kolorowa bluza itp. – o tyle na jakąś premierę czy takiego Kafkę wypada się trochę bardziej odstrzelić. Wszak to świątynia sztuki


Właściwie o każdej z tych rzeczy można coś powiedzieć. Przede wszystkim bluzka – Zente Collection, kupiona nieco ponad rok temu, nie pamiętam już, za ile, specjalnie na… premierę w teatrze
Otrzymana razem z powyższym paskiem, sprawdziła się świetnie i od tamtego czasu chętnie ją wdziewam, kiedy potrzebuję być nieco bardziej elegancka. Nie tylko do teatru!
Chociaż w okresie jesienno-zimowym moje „teatrowe” stylizacje opierają się ostatnio głównie na niej albo na czarnej bluzce z wpisu „Trendi?”. Spódniczka – Impuls, wygrzebana jakiś czas temu z jakiejś szafy. Podejrzewam, że dostałam ją wieki temu od znajomej rodziców, a z racji mojej paroletniej niechęci do miniówek leżała biedna nieużywana. A rajstopy są z Tesco. Kupione za 19 złotych (o dziwo, pamiętam xD) ponad trzy lata temu chyba, bo coś koło grudnia 2007 – pamiętam, bo też po raz pierwszy użyte zostały do wyjścia do teatru. Notabene na spektakl, gdzie jedną z głównych aktorek zaopatrzono w identyczny model
Taki prosty, szykowny, kobiecy zestawik. Głównie ze względu na bluzkę, której falbanki optycznie powiększają nieco biust, no a pasek podkreśla talię, chociaż bez niego też można dobrze wyglądać :) Swoją drogą chciałam kiedyś kupić w podobnym kroju, ale czerwoną, niestety była na tyle ładna, że ktoś mnie ubiegł…
Aha, jakby kogoś interesowało – do tej całości były jeszcze niebieskie kozaczki do kolan, Mauros, kupione za 50 złotych jeszcze przed zimą chyba :)